| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
RSS
poniedziałek, 01 marca 2010
Za mundurem ...

Od 1 stycznia tego roku nie ma zasadniczej służby wojskowej w naszym kraju. Dzięki Bogu! Ja jako raczej pacyfista i człowiek kompletnie niezainteresowany służbą wojskową bardzo cieszę się z tego powodu. Mimo wszystko ostatnio w skrzynce na listy znalazłem wezwanie do WKU. Spoko, nie mam nic przeciwko. W końcu na jakiejś podstawie muszą dobierać mięso armatnie w razie wojny. Dostałem kategorię "A" - zdolny do służby wojskowej. Super. Wszystko ok. Tylko mój umysł zniszczyło samo prowadzenie owej Komisji. Zacznijmy od początku.

Dzisiaj rano musiałem wstać wcześnie, żeby to o 9:30 stawić się na komisji wojskowej. Nie przygotowywałem się na "szybką obsługę". Od początku wiedziałem, że posiedzę tam kilka godzin. Najpierw pokój, gdzie zostawiało się dokumenty. Tutaj akurat wchodziło się z marszu. Szybko spisali dane, wzięli dowód, zdjęcie, poczytali sobie jeszcze rzeczy wypisane na legitymacji szkolnej i gitara. Ale później ... uuuuuu ... czas stanął w miejscu. Czekałem z dwoma kumplami aż wywołają, któregoś z nas na badania. Trwało to wieczność. Gdy już się doczekałem zadziwił mnie sposób w jaki byłem przebadany. Szczerze, mogłem powiedzieć im cokolwiek. Nikt niczego nie sprawdzał - nie kłamałem, bo potem mogłoby się zrobić nieprzyjemnie, w razie ataku Talibów na Polskę. Lekarze chyba byli na haju. Mogłem powiedzieć, że jestem psycholem i mam ochotę wszystkich wybijać, dlatego chcę iść do wojska - i tak pewnie by mnie przepuścili. Ten ich bilans nie wykazywał kompletnie nic. Nawet nie wiedzą czy mam płaskostopie lub czy mam przepuklinę, albo nie wiem ... wyrostek robaczkowy. Nieważne. Chodzi o to, że te dane, które oni tam sobie skrupulatnie wypisywali nic im o mnie nie mówią. Równie dobrze mogli wysłać tam szympansa zamiast mnie. Dowiedziałem się tylko, że mam poważną wadę wzroku. Nie wiem, nie przeszkadza mi ona w normalnym funkcjonowaniu. Zastanawiał mnie też fakt, że jest tam tylu lekarzy, a wchodzimy pojedynczo. Nie mam całego dnia, żeby tam siedzieć. A przede mną było z 30 osób. Przebolałem to i szedłem dalej.

Następnym pokojem był pokój, w którym major, pułkownik, czy ktoś tam zadawał pytania typu "Co chcesz robić po szkole średniej?". Chciałem powiedzieć: "Nie wiem, ale na pewno nie pójdę do wojska :D".  Powstrzymałem się jednak i powiedziałem twardo - studia! Ogólnie jeszcze jedna kobitka pytała czy dane się zgadzają itp. Jakby nie mogli tego zrobić gdy je podawałem.

Potem znów czekanie. Czekanie po odbiór książeczki wojskowej. Tutaj akurat miałem szczęście, że byłem jednym z ostatnich, więc gdy przeszedłem przez wszystkie wcześniejsze pokoje, całe to bydło już sobie poszło. Bynajmniej miałem gdzie stać. No tutaj muszę poruszyć kwestię miejsca. Budynek strasznie ciasny. Wąskie korytarze itd. I jeszcze co chwilę ktoś upominał nas wszystkich, że mamy się przesunąć, lub stać gdzie indziej, bo nikt nie może przejść. Paranoja. A mówili to tylko ludzie z komisji. No w każdym razie w końcu odebrałem książeczkę. To była kwestia tylko jednego podpisu.

Niby nic nadzwyczajnego nie ma w tej opowieści. Jednak wyobraźcie sobie, siedzieć w ciasnym holu, przez kilka godzin, gapiąc się na plakaty w stylu "Wstąp do armii". To było najnudniejsze i najbardziej irytujące kilka godzin mojego życia. Co by było gdybym nie spotkał tam kumpli? Chyba wziąłbym broń od jakiegoś wojskowego i strzelił sobie w łeb. Książeczka wojskowa powinna być wydawana od tak. W końcu mamy służbę zawodową. Jak ktoś chce iść do wojska, powinien się martwić badaniami, rozmowami o tym jaką służbę chce pełnić itp. Ja nie muszę.

15:20, comballian_stallion
Link Komentarze (1) »
piątek, 26 lutego 2010
Wiosna idzie

Wiosna idzie, śnieg topnieje. Ponoć na wiosnę wszyscy się zakochują. Wtedy to psy spuszczone ze smyczy biegają za sobą, żeby tylko puknąć kolejną suczkę. Pąki na drzewach wybuchają co pięć metrów wielkim kwiatem. Dobry klimat - no chyba, że ktoś jest alergikiem. Wtedy ma przesrane, bo chodzi zapłakany, a wszyscy jeszcze pytają się tępo: Co się stało? A to się stało, że mam alergię na pyłki! Tak wiosna - pora roku zakochanych. Ale czy każda miłość to miłość? A co z zauroczeniem?

Więc tak. Niewtajemniczonych w mój pogląd na sprawy miłości odsyłam to poprzedniego, trochę zrąbanego postu. Ogólnie każdy chyba widzi jedną, zajebiście ważną różnicę, między zakochaniem, a zauroczeniem - prawda? Jak się kogoś kocha, to na całego. Wszystko przypomina nam tą osobę. Każdy dzień jest dla nas dniem, w którym musimy pokazać tej osobie jak nam na niej zależy. Niezależnie od humoru, nastawienia, poglądów ... niezależnie od niczego, miłość pcha nas - może i czasem ślepo - w stronę tej jedynej osoby. Nie przechodzi łatwo, nie jest też chwilowa. Wszystkie neuroprzekaźniki szaleją. Każda cząstka naszego ciała mówi nam, że to jest właśnie to. Można wtedy krzyknąć "BINGO!". Mimo, że widzę miłość jako "rzecz" ... hmm ... czysto naturalną, pozbawioną tej całej otoczki romantyczności, nie potrafię sobie wyjaśnić, dlaczego gdy jest się zakochanym i się kogoś kocha, nie można tego w żaden sposób wytłumaczyć i za wszelką cenę chce się być z tą osobą. To jest zagadka, której chyba nikt z nas nie odgadnie. Można próbować, ale i tak nie dojdziemy do sedna. No dobra, skoro miłość jest taka zajebista, wielka, pochłaniająca każdą cząstkę zakochanej osoby, czym w takim razie jest zauroczenie?

Zauroczenie jest to taka tania podróbka miłości. To tak jak z butami. Wolę mieć Nike, a nie jakieś chińskie prefabrykaty, ale nie zawsze sobie mogę na to pozwolić. Widzę zauroczenie jako pewnego rodzaju ucieczkę od miłości. Zauroczyć może się tylko osoba z jakimiś wewnętrznymi problemami, która nie może powiedzieć, że się zakochała bo ma jakieś ALE. Osoba zauroczona boi się konsekwencji dalszego rozwoju tego uczucia. Zauroczenie ma jednak jeden wielki plus. Jeśli rzeczywiście coś pójdzie nie tak, łatwiej się go wyzbyć niż miłości. Łatwiej będzie Ci wywalić tanie buty, niż drogie, kupione za ciężko zarobione pieniądze. Żeby było jasne, uczuć nie da się kupić. Po prostu analogia z butami jest dość prostym obrazem działania człowieka. Widać tutaj też jeszcze jedną różnicę. W miłość się inwestuje jak w wyżej wymienione Nike. Nie chodzi o pieniądze, tylko o czas, cierpliwość, nerwy. Nie jest łatwo. Do zauroczenia wiele nie potrzeba. Wystarczy, że ktoś nam się spodoba. Nie ma jednak tego czegoś. Tego czego nie da się wyjaśnić żadnymi słowami, wzorami ani niczym podobnym. To coś może pojawić się jak już będzie za późno, może też nigdy nie przyjść. Dlatego to wszystko jest takie skomplikowane. Czy w ogóle warto wyznawać komuś uczucia? Skoro przecież można się tak przejechać?

To czy warto okazywać uczucia jest sprawą indywidualną. Jednak moim zdaniem, nie można się z tym kryć. Trzeba być szczerym i twardym. Nie można być ciotowatym, rozlazłym kluskiem płaczącym do poduszki. I tak nie masz nic do stracenia. Nie ma człowieka, który poradziłby sobie z ujarzmieniem miłości. Ona jest jak dziki mustang. Jak coś jest nie tak daje Ci kopa kopytami. Nie warto z nią walczyć, lepiej ją zaakceptować i iść dalej. Jeśli coś ma być to będzie, a jak nie to trudno - czas i tak wszystko wyleczy. Trzeba być optymistą. Tak więc lepiej mówić o swoich uczuciach. Lepiej żałować tego co się zrobiło, niż żałować tego czego się nie zrobiło. Jednak trzeba się wcześniej zastanowić się spokojnie, czy to jest na pewno to. Czy nic nie przeszkadza nam w tej drugiej osobie. Czy jesteśmy tego pewni. Zauroczenie potrafi czasem bardzo dobrze grać miłość. Tak, to jest ciężkie, ale w tych sprawach trzeba być wytrwałym i nie można dać się pogrążyć.

Tak więc wiosna już niedługo zawita do naszych miast. Kupy wyjdą z pod śniegu. Alergicy zaczną kichać i płakać. Nie można się jednak łamać. Miłość jest piękna! Tylko szczera, czysta miłość. Żadne tam zauroczenie. Człowiek musi być bardziej cierpliwy. Miłość potrzebuje czasu. Potrzeba lat, żeby stworzyć coś wielkiego i trwałego. Niestety, ludzie nie mają czasu. W tym chyba jest największy problem. Ludziom  nie zależy na miłości, dlatego wybierają jej marne podróbki, bo nie muszą się nią przejmować. Zawsze mniej problemów. Ale lepiej zrobić sobie przerwę. Tak więc zwolnijcie trochę, poukładajcie sobie wszystko w głowie.

P.S. Wreszcie, ta zima idzie w pizdu!

środa, 24 lutego 2010
Człowiek też zwierzę

Witam was wszystkich. Barakuda znów wróciła na morze Internetu. Niczym kapitan Jack Sparrow, nawet jak na chwile znika, powraca jak zasrany bumerang. Nie wiem czy się cieszyć, czy płakać, bo to znów kilkadziesiąt minut dziennie, marnowane na pisanie bloga. Przez kilkumiesięczną przerwę straciłem polot i pomysły na felietony. Ale nie można być cipą i trzeba się podnieść. Charakter bloga się nie zmienia. Dalej będę tu umieszczał felietony na różne tematy - od seksu, przez politykę po życie codzienne i kursy walut obowiązujące na Sri Lance. Generalnie mam nadzieję, że się spodoba. A teraz taka notka na rozgrzeweczkę. Wybaczcie jakiekolwiek niedociągnięcia, powracam do starego trybu intensywnego myślenia. Jeden dzień to jedna notka.

Dzisiaj pozwolę sobie poruszyć dość kontrowersyjny temat. Najpierw zapytam: Co wiecie o Karolu Darwinie? Tak, to ten gość od ewolucji, gatunków i takich tam rzeczy. Pominę samą teorię ewolucji Darwina. Ona zajęłaby 3/4 notki. Chcę dojść do tego, że ludzie to też zwierzęta. Ostatnio przeczytałem w Internecie, że szympansy są teraz mniej więcej w tym samym momencie, w którym człowiek był około 3mln lat temu. Co to wskazuje? A wskazuje to, że człowiek nie jest boskim bytem, stworzonym do tego, żeby sobie po prostu być wśród zwierząt. My jesteśmy zwierzętami, tylko dostaliśmy fory od ewolucji i tak się złożyło, że jesteśmy "najmądrzejsi". Kto wie, może np. równie dobrze zamiast nas, takie fory mogłyby dostać delfiny, albo kałamarnice?

Jesteśmy gatunkiem dość ograniczonym i egoistycznym. Strasznie wykorzystujemy swoją wyższość. Nie propaguje działań w stylu tych lewicowych terrorystów z Green Peace. Chodzi o to, że uważamy ziemię za naszą piaskownicę i robimy to co nam się podoba. Powołujemy się przy tym na Boga i inne takie bzdety. Jesteśmy równie organiczni co drzewo pod blokiem i moim zdaniem nie posiadamy duszy, ani nic w tym stylu. Poruszyłbym chętnie drażniący mnie temat religii, ale na razie pozostawię to bez komentarza - będzie jeszcze o tym notka.

Feromony, hormony itd. To nami kieruje. Pewnie zastanawiacie się co się dzieje z uczuciami? Gdzie one się podziały? Uczucia to pokazywanie przez ciało zmian chemicznych zachodzących w organizmie. Ja tak to sobie bynajmniej tłumaczę i jest mi z tym dobrze. A czym jest w takim razie miłość? Tutaj akurat paradoksalnie pasuje romantyczne stwierdzenie, że na świecie są "dwie połówki", które tylko czekają na złączenie. Chodzi o to, że osoba w której się kochamy ma wszystkie cechy, które są w naszej głowie uwarunkowane przez naturę, jako cechy idealnego partnera. I przez to kochamy taką osobę. Dochodzi też temat seksu, potomstwa itd. Wszystko to jednak dzieje się podświadomie. Prawda boli co nie? Ta cała romantyczna papka to bujda. Nie twierdzę, że miłość nie jest miła, przyjemna i w ogóle. Po prostu jej powód jest inny niż ten, który wmawiano nam przez lata. A więc wypuszczajcie feromony, niech hormony buzują. Nie wykonujcie tylko tańców godowych, bo możecie za to iść do więzienia.